Witch Murderdodane przez Ciapo , 1 października 2018 15:06
RETRO

Witam Was w kolejnym artykule poświęconym starym gierkom. Dzisiaj spróbuję napisać coś o grze, o której zostało powiedziane już tyle, że nawet jeśli ktoś nigdy w nią nie grał, to na pewno słyszał cokolwiek o niej. Będzie słów kilka o chyba jednej z bardziej znanych gier wydanych na komputery Amiga. Czy jest na sali ktoś, kto nie słyszał o Cannon Fodder?

Gra została napisana przez studio Sensible Software i wydana w 1993 roku na komputery Amiga. Od tamtego czasu zdążyła zostać tytułem kultowym i prawie każdy szanujący się gracz o niej słyszał. Jednym z czynników, który spowodował, że gracze pokochali malutkich żołnierzyków było intro, które jak na tamte czasy było niezwykłe ponieważ utwór przygrywający do wyświetlających się zdjęć posiadał śpiewany tekst. Wokale w muzyce do gry w roku 1993 to było naprawdę coś niespotykanego. Do tego sama piosenka wpada w ucho i kiedy się ją usłyszy pierwszy raz, trudno się jej pozbyć z głowy. Intro zajmuje całą pierwszą dyskietkę, a całość mieści się na trzech, plus czwarta opcjonalnie na zapisy stanu gry.

Swoją drogą to tak sobie myślę, że gdyby ktoś w obecnych czasach nazwał grę "Mięso Armatnie", a do intra wstawił piosenkę z takim tekstem:

War
Never been so much fun

Go up to your brother
Kill him with your gun
Leave him lying in his uniform
Dying in the sun

To lewicowe, politycznie poprawne media dostały by szału ;) Co ciekawe ostatnie dwa wersy mają odzwierciedlenie w samej grze. Czasami możemy wroga zranić ale nie zabić. Ten wtedy leży, krwawi i wydaje co chwile okrzyki. Możemy go wtedy dobić albo zostawić konającego.

Jako ciekawostkę odnośnie intra mogę napisać, że sesja zdjęciowa do niego zajęła chłopakom jeden dzień, a jej koszt wyniósł 5oo Funtów. Druga ciekawostka to kontrowersje, jakie wywołał ekran tytułowy z czerwonym makiem. Otóż czerwony mak to symbol weteranów I wojny światowej, przez co Royal British Legion bardzo się oburzył faktem, że jakaś tam głupia gierka wykorzystuje ten symbol. Z tego powodu w późniejszych wersjach gry dodano przed intrem ekran z napisem, że gra nie ma nic wspólnego z Brytyjskim Legionem Królewskim. Czerwony mak jednak pozostał.

Samo intro pozwoliłem sobie nagrać i wrzucić na YouTube.


Wystarczy już jednak o intrze. Po nim wita nas ekran przedstawiający wejście do koszar, a przed nim zielone wzgórza oraz drogę prowadzącą do nich. Po drodze tej przybywa tytułowe mięso armatnie w postaci nowych rekrutów chcących zaciągnąć się do armii. Ekran ten pojawia się pomiędzy misjami. Pokazuje nam statystyki poległych po obu stronach konfliktu opisane jak na tablicach wyników na stadionie. Gospodarze i Goście. Oprócz tego każdy ze straconych przez nas żołnierzy to kolejny krzyż pojawiający się na wzgórzach przed koszarami.

Na tym ekranie możemy też zapisać lub wczytać zapisaną wcześniej grę. Oraz zobaczyć imiona poległych bohaterów wraz z ilością zabitych przez nich wrogów i stopniem, jakiego dorobili się w swojej karierze. Zobaczymy tu też listę aktualnego składu naszej drużyny.

Na początku misji widzimy śmigłowiec wiozący naszych herosów na misję. Widoki zmieniają się w zależności od tego, w jakich okolicznościach przyrody będziemy realizować nasze zadanie.

W sumie są cztery rodzaje miejsc w jakich będziemy prowadzić działania. Dżungla, lodowe krainy, co Ciekawe w niektórych przykrytych śniegiem lokacjach pojawiają się zielone lasy :) Trzeci rodzaj terenu to pustynne klimaty z klifami przypominające Wielki Kanion swoją czerwonawą kolorystyką. Ostatni rodzaj plansz to szare, betonowe bazy wroga, które przyjdzie nam infiltrować.

Przed rozpoczęciem każdej fazy otrzymujemy szybkie wprowadzenie. Dowiadujemy się jak dużym oddziałem będziemy wykonywać misję, ilu rekrutów posiadamy jeszcze w zanadrzu, oraz co mamy zrobić. Liczba rekrutów jest dość istotnym parametrem. Każde niepowodzenie misji to śmieć naszych żołnierzy. Dlatego każde kolejne podejście to nowi żołnie rekrutowani z tych pozostałych. Jeżeli zabraknie nam rekrutów, zobaczymy napis Game Over i będziemy musieli całą grę zaczynać od początku, lub od ostatniego zapisu gry, gdzie mieliśmy jeszcze jakichś żywych rekrutów. Na szczęście, po każdej misji liczba dostępnego mięska się zwiększa, więc teoretycznie jeśli nie będziemy zbyt często tracić wojaków, to możemy spać spokojnie. Przeważnie ukończenie fazy to zabicie wszystkich wrogów na planszy oraz zniszczenie wszystkich budynków wroga. Czasami dostajemy jeszcze jakieś zadania poboczne, jednak trzonem misji jest eksterminacja wrogów i niszczenie zabudowań.

Po każdej z misji wyświetla się nam jeden lub dwa ekrany przedstawiające poległych na misji towarzyszy. Jeśli udało nam się nikogo nie stracić to widzimy tylko ekran pokazujący awans naszych bohaterów.

Jednak co takiego ma w sobie Cannon Fodder, że przyciągnęło do siebie tylu graczy, którzy z wypiekami na twarzy próbowali przebrnąć kolejne misje? Sama mechanika rozgrywki jest banalnie prosta. Całą grę obsługuje się wyłącznie przy użyciu myszki. Obserwujemy akcję niemalże z góry, sterujemy oddziałem składającym się z od dwóch do sześciu żołnierzy wielkości kilkunastu pikseli. Sterujemy to może zbyt wiele powiedziane. Wskazujemy kursorem miejsce, w które mają przejść nasi żołnierze i klikamy lewym przyciskiem myszy, a oni posłusznie idą w to miejsce po najprostszej linii. Jeśli trafią po drodze na jakąś przeszkodę to albo się na niej zatrzymają, albo bezmyślnie w nią wlezą. Kiedy wciśniemy i przytrzymamy prawy przycisk myszy zaczną się ostrzeliwać w kierunku, w którym właśnie wskazuje kursor, który przybiera wtedy postać czerwonego celownika. Wciskając oba przyciski jednocześnie rzucamy granatem lub odpalamy rakietę, w zależności od tego, którą z tych broni sobie akurat wybierzemy. Poza tym możemy jeszcze podzielić naszą drużynę na mniejsze grupki, nawet po jednym żołnierzyku. Wtedy sterujemy jednym z nich, a reszta zostaje bez kontroli. Trzeba więc uważać, żeby zostawić ich w miejscu gdzie nie zakradnie się żaden przeciwnik i nie wykończy naszych komandosów w czasie kiedy my robimy coś aktywną drużyną. Co prawda pozostawieni samym sobie żołnierze będą się ostrzeliwać jeśli zobaczą wroga, jednak nie ruszą się z miejsca.

Jeżeli chodzi o ekran gry, to jest on podzielony na dwie części. Główna ukazująca całą akcję i druga, mniejsza, w postaci pionowego paska po lewej stronie ekranu. Znajdziemy tam podstawowe informacje na temat naszego zespołu, takie jak symbol aktywnej grupy. Podstawowy to wąż na zielonym tle. Pod spodem liczba posiadanych przez drużynę granatów i rakiet. Przełącza się nimi po prostu klikając w symbol broni, której chcemy używać. Pod nim lista członków zespołu, imiona oraz zdobyty stopień każdego z nich. W dolnym lewym rogu ekranu znajdziemy jeszcze mapkę, w postaci spłaszczonego globusa która pokaże nam całą aktualną planszę z zaznaczeniem miejsca, w którym znajdują się nasi wojacy.

Mimo że mechanika rozgrywki jest tak prosta, to gra zdecydowanie do prostych nie należy. O ile pierwsze misje to beztroskie wybijanie wrogich przeciwników, tak od 5-6 misji trzeba się już nieźle napocić, żeby osiągnąć cel. Dodam, że misji jest w sumie 24. Wrogowie potrafią wręcz wyrosnąć spod ziemi i jednym celnym strzałem z bazooki wykończyć cały nasz oddział, dlatego warto jest najpierw podzielić ekipę i wysłać jednego z żołnierzy na zwiad żeby wiedzieć co w trawie piszczy, a dopiero potem, jeśli jednemu się nie powiedzie, wysłać kolejnego. Poza wrogimi żołnierzami, w dalszych planszach będziemy musieli stawić czoła różnym pojazdom, takim jak samochody terenowe, czołgi a nawet śmigłowce. Do tego pojawią się stacjonarne działa strzelające rakietami, tak że na pewno nie będzie łatwo. Żeby trochę wyrównać szanse, od czasu do czasu nasi wojacy natkną się też na pojazdy, którymi sami mogą jeździć, w większości są to pojazdy spotykane u wrogów, wyjątkiem jest chyba tylko łazik śnieżny. Oprócz przeciwników znajdą się w grze też różnego rodzaju przeszkadzajki, jak bagna wciągające naszych żołnierzy, wilcze doły, czy niewinnie wyglądające dziury w mostach. Tak więc trzeba mieć oczy dookoła głowy i wypatrywać zagrożeń. Nawet tak prozaiczna rzecz jak dach niszczonego budynku może spaść nam na głowy i wykończyć cały zespół, potrafi to być szczególnie denerwujące kiedy jest to dach ostatniego budynku, który mieliśmy zniszczyć ;) Równie niebezpieczne jest zbieranie dodatkowej amunicji do bazooki, czy granatów. Przepisy BHP mówią żeby nie podchodzić do skrzyni z granatami kiedy strzelamy. Jeden nieopatrzny ruch i wylatujemy w powietrze razem ze skrzyniami, po które przyszliśmy.

Grafika w grze jaka jest każdy widzi. Plansze przygotowane są z dużą dbałością o szczegóły i mają sporo detali. Same postaci naszych herosów i przeciwników są bardzo malutkie, a mimo to widać jak krwawią kiedy obrywają, lub leża ranni i stękają z bólu, czy machają nam kiedy uda się pomyślnie ukończyć zadanie. W planszach zimowych czasami kiedy nasi żołnierze chodzą to ślizgają się po lodzie jak dzieci na ślizgawce. Od czasu do czasu przelatują jakieś ptaki. Ogólnie grafika jest bardzo sympatyczna.

Jeśli chodzi o muzykę i dźwięk, to poza wspomnianym intrem, które za pierwszym razem robiło wrażenie na każdym, w grze nie ma zbyt wiele muzyki. Jest jeszcze jeden utwór pojawiający się na ekranie ze wzgórzami. Jest on dość smutny i melancholijny, ale taki właśnie ma być, wraz z rosnącą liczbą nagrobków na wzgórzach daje do myślenia i zastanowienia się po co marnować ludzkie życia na bezsensowne wojny. Poza tym melancholijnym utworem występuje jeszcze jeden, bardziej budujący, dynamiczny i nastawiający do walki, występuje w czasie ładowania misji i odprawy. Trzecia melodyjka to zabawny motyw w stylu fanfar po zaliczeniu każdej z faz danej misji. Wtedy zdarza się, że któryś z naszych żołnierzy zaczyna mega wysoko skakać co jest dość zabawne. W trakcie samej rozgrywki nie przygrywa żadna muzyka. Nie oznacza to, że panuje cisza. Na każdej planszy słychać odgłosy dopasowane do aktualnego otoczenia. W dżungli słychać cykady, od czasu do czasu wycie jakiegoś ptaka, ogólnie jest pełno odgłosów natury przeszywanych dźwiękiem wystrzałów z karabinów maszynowych, wybuchów i krzyków konających żołnierzy.

Podsumowując zbliżam się do tezy, że Cannon Fodder ujął rzesze graczy połączeniem prostoty systemu rozgrywki, przyzwoitą oprawą graficzną, intrem, które nie miało sobie równych w tamtym czasie i dość sarkastycznym lub może ironicznym poczuciem humoru. Ponieważ cała gra jest raczej sarkastycznym wyśmianiem idei wojny, Niestety już w tamtych czasach nie wszyscy zrozumieli sarkazm i brali grę dosłownie, twierdząc, że jest ona nawoływaniem do toczenia wojen, bo to jest bardzo fajna zabawa. Tacy na przykład Niemcy, którzy znani są z braku poczucia humoru, zbanowali grę w swoim kraju i wycofali ją ze sprzedaży. W każdym razie, jeśli ktoś z Was uważa się za gracza, a nigdy nie słyszał o Cannon Fodder (są w ogóle tacy? ;) ) to lepiej niech się do tego nie przyznaje, tylko nadrobi tę karygodną zaległość, bo tytuł ten jest już w zasadzie legendą i trzeba w niego pograć chociaż chwilę żeby przekonać się co ludzi przyciągało do monitorów na długie godziny ćwierć wieku temu.