dodane przez Jan Dzban, 19 sierpnia 2018 21:32
PUBLICYSTYKA

Otwarte światy w grach lub inaczej sandboxy to temat rzeka. Niektórzy je kochają i czerpią niezwykłą przyjemność z przemierzania ogromnych połaci terenu, a inni nienawidzą i wolą, podąrzać bardziej ugruntowaną ścieżką.

Obecnie panuje moda na otwarte światy. Twórcy gier szczycą się sandboxami i często ich obecność wspominana jest w zapowiedziach. Mało kto wie, że pierwsza gra z otwartym światem to Ultima z 1980 roku. Cztery lata później pojawiła się Elite, której kolejną częścią jest znany dziś Elite Dangerous. Jeżeli jesteśmy już przy grach kosmicznych to muszę tu wspomnieć No Man Sky, którego mam obecnie na tapecie. Bo Sandbox Sandboxowi nierówny. No Man Sky był bardzo głośno reklamowany. Ale okazał się klapą, choć po serii patchów zyskał drugie życie. W grze mamy tak ogromny świat, że szanse na spotkanie innego gracza, jeżeli się z nim nie umówimy są mikroskopijne. Po prostu kosmos okazał się za duży. W dodatku dość sterylny, planety często były niemalże puste i nie działo się tam nic. Eksploracja ogromnego świata, ale nudna jak flaki z olejem. Czy taką drogą powinny iść twórcy? Elite Dangerous to gra bardziej skomplikowana, również z otwartym światem, ale w elitarnym kosmosie możemy często spotkać współtowarzyszy lub wrogów.

Wielkie światy często dostępne są w grach mmo. Kiedyś byłem częstym bywalcem serwerów gry Runescape. Można było grać za darmo na dość ograniczonym terenie i zwiedzać kilka miast. Odkrycie wielkiego świata gry wiązało się z zakupem miesięcznego abonamentu. Gdy grałem za darmo, wycisnąłem ten niezbyt wielki świat jak cytrynę. Gdy zakupiłem abonament, ogrom świata mnie przytłoczył, ale każdy jego kawałek był naprawdę ciekawy. Umożliwiał trenowanie umiejętności, rozpoczynanie wielu questów, handel z innymi graczami lub poznawanie fabuły tego fantastycznego świata przez rozmowę z NPC. Poszerzanie terenu gry za opłatą abonamentową wydaje się ciekawą opcją, jeżeli rzeczywiście ten świat jest warty wielogodzinnego zwiedzania.

Podobne odczucia, odnośnie nagromadzenia elementów na mapie miałem w trzeciej częśći Wiedźmina. Można było pójść do lasu, zbierać lecznicze rośliny, natknąć się na bagienne potwory czy gdzieś w leśnej chatce rozpocząć questa pobocznego. I za to właśnie kochałem dzieło CD Projekt. Chyba nie ma drugiej takiej gry, w której questy poboczne aż tak popychają fabułę do przodu. Podczas gdy inne tytuły nakazywały nam zabić x przeciwników i przynieść x itemów, Wiedźmin znalazł się poza schematami. W tym ogromnym świecie faktycznie było co robić i było bardzo ciekawie. Każdy NPC był unikalną postacią, który miał kilka ciekawych rzczy do opowiedzenia. Dokładnie to samo wrażenie mam grając w The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Ten genialny tytuł oferuje nie tylko sandbox, ale również niesamowitą inrerakcję z każdym elementem tego świata. Gdy w innej grze nie mamy opcji dotarcia na wyspę oddaloną kilka metrów od rzeki, tutaj ścinamy drzewo, które wpada do wody, wskakujemy na nie i płyniemy. Ognisko rozpalimy posiadając krzemień, a na wysokie góry dostaniemy się po naprawdę długiej i żmudnej wspinaczce.

Omawiając otwarte światy trudno nie wspomnieć o Grand Theft Auto. Uważam, że każda część była bardzo udana, chociaż archaizmy starszych gier serii mogą przeszkadzać w obecnych czasach. Seria zawsze dawała dużo wolności i ciekawych terenów. Szczególnie warte uwagi byłu miejsca znajdujące się poza miastem. Niesamowitą robotę robiła wioska w GTA: San Andreas czy pustynia w piątej części gry. Latając po tym świecie samolotem, widać gołym okiem, że twórcy bardzo dobrze zaprogramowali ten świat. W dodatku, umieścili tam mnóstwo "znajdziek," Chociaż osobiście uważam, że konieczność zbierania przeróżnych pierdół to sztuczne wydłużanie czasu gry. Ale łowcy achievmentów nie mogą przejść obok tego obojętnie. Już niedługo inne dzieło Rockstara z otwartym światem, który według twórców ma być przeogromny. Nadchodzi Red Dead Redemption 2.

Ogromnym sukcesem okazał się Minecraft. Świat kwadratowych klocków zdobył serce młodszych graczy. Kto by się spodziewał, że tak prosty pomysł okaże się strzałem w dziesiątkę. Ot, zwyczajne budowanie, pozyskiwanie surowców i ganianie za świnkami. Ale to przeogromne tereny gry przyniosły sukces. Otwarty świat po prostu przyciąga, a gdy niektórych surowców musimy szukać głęboko w kopalniach, robi się z tego zabawa na wiele godzin. W grze powstawały wspaniałe budowle, stadiony i niesamowicie ciekawe konstrukcje. Dla jednych była to gra, a dla innych prawdziwe narzędzie modelarskie.

Podobnym albo i większym sukcesem stała się gra, gdzie świat jest wielkości Ziemi i to odwzorowany w skali 1:1. Na ekranie urządzeń mobilnych widzimy dokładnie odwzworowaną mapę, w której możemy spotkać kolorowe stwory. Mowa oczywiście o Pokemon Go. Gra to ewenement, ponieważ nakazała dzieciakom wyjść z domu. Zachęca również do długich spacerów, gdyż po przebyciu 5 czy 10 kilometrów, z jajek wykluwają nam się całkiem dobre pokemony. Niektórzy próbowali oszukiwać system, przywiązując telefon z odpaloną grą do psa czy kota. Większość graczy grało jednak uczciwie. Ostatnio widziałem nawet ojca z dzieckiem, którzy grali razem. Czy jest jakiś bardziej otwarty świat?

Czas na gry bez mapy. Niezwykle trudną serią jest Dark Souls i inne gry, tzw. "Souls like." Bo Dark Souls wyznaczyło pewien trend, który trwa do dziś. Niektórzy gracze po prostu lubią się gubić. Sami zapuszczają się w nieznane lokacje, tylko po to by wynieść z gry jeszcze więcej doświadczeń. Gęsty, mroczny klimat i wędrówka w głąb świata, którego nie znamy i nie wiemy dokąd podążamy.

Ale co z innymi tytułami? Co jeżeli ktoś po prostu na tak wielkim terenie się gubi, nie tyle z lenistwa co z nieporadności? Nie musi robić wszystkich zadań, może podążać ścieżką główną i nie zwracać uwagi na to co dzieje się obok. Nie musi szukać znajdziek i innych dodatków. Ja osobiście w tych wielkich światach znajduję dużą przyjemność. Wiem, że takich gier jest dużo więcej, lecz piszę tylko o tych tytułach, w które miałem przyjemność zagrać. Z drugiej jednak strony, czasem po prostu zwyczajnie nie chce mi się biegać po ogromnym terenie, tylko dlatego by zrobić quest poboczny. Czasem też nie mam ochoty grać w jakąś grę 50 godzin, jeżeli można ukończyć ją w 30. Dlatego dobrze bawiłem się w Uncharted 4. Nie było tam otwartego świata, bo zmieniał się często po ukończeniu określonych misji. Gra stanowi idealne optimum, dla tych co chcą się dobrze bawić, a mają dość sandboxów. Lokacje są przepiękne i dosyć duże. Do tego gra oferuje znajdywanie wielu dobrze poukrywanych skarbów i emocje na najwyższym poziomie. To jedna z najlepiej ocenianych gier tej generacji.

Sandboxów mamy coraz więcej i istnieje szansa, że powoli będą wypierać gry z prostszą ścieżką. Nie widzę w tym problemu, jeżeli te światy wyglądają tak świetnie jak w Wiedźminie czy Zeldzie. Warto jednak zastanowić się, w którym kierunku podąża nasza kochana branża, jeżeli wielki świat gry nie oferuje nic ciekawego, tak jak miało to miejsce w pierwszej wersji No Man Sky. Wybierając grę, musimy zastanowić się, czego naprawdę od niej oczekujemy. Nie dajmy się zmanipulować, gdy otwarte światy stają się ważniejsze niż inne elementy gry.

Autor: Rolsonpatison

Źródła grafik: pixabay.com, foter.com

Redakcja Gameeit wspierana jest przez DGameMarket - Pierwszy zdecentralizowany market dla graczy- kupuj i sprzedawaj bezpiecznie i natychmiastowo dzięki technologii Blockchain